Pamiętasz jeszcze czasy, kiedy człowiek kłócił się z rodzeństwem o pilota, a wieczorną atrakcją było czekanie, aż film wreszcie zacznie się po piętnastu minutach reklam? Dzisiaj taki klimat wraca głównie przy świątecznych rozmowach. Sam salon zmienił się nie do poznania.
Raz wygląda jak mini kino z basem dudniącym pod kanapą, innym razem bardziej przypomina pokój gracza niż miejsce do spokojnego odpoczynku. I w sumie trudno się dziwić – kto chce już tylko siedzieć i patrzeć w ekran? Ludzie wolą coś przeżywać, reagować, śmiać się w trakcie, czasem nawet przekląć pod nosem po przegranej partii. O zwykłe „oglądanie” dziś naprawdę ciężko.
Od kineskopu do rzeczywistości wirtualnej
Był taki moment, że telewizor zajmował więcej miejsca niż niejedna meblościanka. Ciężki, nagrzany, czasem strzelał przy wyłączaniu tak głośno, że człowiek odruchowo patrzył, czy coś właśnie nie wybuchło. Do tego kasety VHS – wiecznie źle przewinięte, z naklejkami pisanymi długopisem i filmami, które po kilku seansach wyglądały tak, jakby aktorzy grali we mgle. A mimo to wszyscy siadali przed ekranem bez marudzenia. Dzisiaj? Jeden pilot steruje połową salonu, obraz jest ostrzejszy niż rzeczywistość, a człowiek potrafi spędzić kwadrans na wybieraniu filmu, którego i tak nie obejrzy do końca.
Dzisiaj różnica jest jeszcze większa. OLED-y pokazują detale, których dawniej nikt by nawet nie zauważył, a VR potrafi wyciągnąć człowieka prosto ze świata realnego. Zresztą podobnie zmieniła się sama rozrywka – kiedyś trzeba było jechać do kasyna, dziś kasyno Polska online działa praktycznie z poziomu kanapy.
Gdy ekran przestaje wystarczać – wejście do świata VR
Kiedy pierwszy raz zakłada się gogle VR, człowiek łapie się na tym, że ręka sama szuka ściany. Niby pokój ten sam, a jednak coś się rozjeżdża – wzrok mówi jedno, ciało drugie. I właśnie na tym polega cały trik tej technologii, która przestała być ciekawostką z targów i zaczęła wchodzić do domów bez wielkiej zapowiedzi.
W środku dzieje się kilka rzeczy naraz, choć użytkownik widzi tylko efekt końcowy:
- obraz nie „leży” przed oczami, tylko rozlewa się na całe pole widzenia, jakby świat nagle przestał mieć ramki;
- czujniki w goglach łapią każdy ruch głowy i ciała, nawet ten, którego człowiek nie zdąży jeszcze świadomie zarejestrować;
- praktycznie musi zniknąć opóźnienie, bo nawet małe spóźnienie psuje złudzenie i nagle wszystko wraca do zwykłego ekranu;
I tu robi się najciekawiej – bo im mniej widać technologię, tym bardziej działa. Człowiek zaczyna się rozglądać w miejscu, którego fizycznie nie ma, a mózg… cóż, daje się na to złapać zaskakująco łatwo.
Kiedy treść przestała mieć półkę, a zaczęła mieć login
Kiedyś wieczór zaczynał się od przejścia między regałami z kasetami, czasem od rozmowy z kimś za ladą, kto „coś poleci, ale oddać trzeba do poniedziałku”. Ten rytuał miał swój ciężar – fizyczny nośnik, termin zwrotu, lekki stres, czy przewinięcie taśmy było zrobione dobrze. Potem przyszły płyty, trochę wygodniejsze, ale nadal zamknięte w pudełkach i ograniczeniach półek.
Aż nagle wszystko zaczęło znikać z rąk i lądować w sieci. Jedno kliknięcie i film już jest, bez wychodzenia z domu, bez patrzenia na godziny otwarcia. Platformy streamingowe rozciągnęły dostęp tak bardzo, że człowiek częściej gubi się w wyborze niż w braku treści. Zresztą, kto dziś pamięta przewijanie kasety do idealnego momentu?
W tle dochodzi jeszcze Smart Home – światło przygasa samo, głośnik reaguje na głos, a telewizor dogaduje się z resztą sprzętów, jakby od zawsze były jedną ekipą. I nagle dom zaczyna działać trochę jak system, który sam podsuwa rozrywkę, zanim człowiek zdąży o nią poprosić.
